niedziela, 15 marca 2015

Prolog

Kolejna historia, mam już jeden blog z Potterowskim opowiadaniem. Dopiero startuję z oboma, ale nie mogłam się powstrzymać przed tym, aby pokazać świat czarodziejski od nieco innej strony. Tak więc nie przedłużam i serdecznie zapraszam do czytania :)

Miśka ;)

***

Był wieczór. Dziewczyna podążała wolno przez pustkowia łąk. Z zamyśleniem przyglądała się różnokolorowym liściom spadającym z drzew. Przez cały czas z jej ust nie znikał tajemniczy wyraz, który był gdzieś przy uśmiechu. Nagle jednak jej twarz przybrała powagę i dziewczyna odwróciła się powoli do przybysza.
-Jill...-chłopak miał niezwykły mętlik w głowie. Nie wiedział, co powiedzieć. Kiedy przyjechał na miejsce, od razu w oczy rzuciła mu się napięta atmosfera między matką a ojcem. Wyczuł to w ich poważnych spojrzeniach i zestresowanych rozmowach. Do tego Carl i Maurice zachowywali się jakoś podejrzanie spokojnie i mniej radośnie niż zwykle. To nijak do nich pasowało.
-Nie mam ochoty cię słuchać, Haroldzie. Nie mam także ochoty spowiadać ci się z powodu mojego przyjazdu-słowa dziewczyny, wypowiadane z takim niezwykłym spokojem i determinacją zrobiły na nim wrażenie. A jednak chciała tam jechać, pomimo wszystkiego, co się zdarzyło. Miała zamiar nawet szkolić się w magii, choć pierwotnie wszyscy ustalili, że Jillian ma zamknąć ten czarodziejski i nieprzewidywalny okres swojego życia. Teraz jednak chciała znów wywinąć jakiś przekręt, co wcale nie podobało się Haroldowi. Chłopak pobladł i przyjrzał się uważnie towarzyszce.
-Czy ty zdajesz sobie sprawę, że to wszystko nie jest takie proste? To przez magię tyle wycierpieliśmy! Czy nie rozumiesz, Jill, że toja postawa jedynie pogorszy sytuację? Maurice jest przygnębiona, schudła, a Karl jest blady niczym kreda do tablicy. Co się z tobą dzieje, dziewczyno!?
-Harold, nie mam zamiaru się z tobą kłócić. Odejdź i wróć tu, kiedy ochłoniesz.
-Pff... Znalazła się pani "dobra rada"... Powinnaś pomyśleć o nas! Nie widzisz, że wszystkich krzywdzisz? To podłe!
-Harold-oczy Jillian zaszkliły się. W tym świetle były w odcieniu głębokiego błękitu, który mieszał się z jasnymi błyskami łez. Dziewczyna jednak powstrzymała się od płaczu i wbiła wzrok w oczy swojego towarzysza.-Nie mam zamiaru was krzywdzić.
Chłopak poczuł się zawstydzony swoimi słowami i na chwilę odpuścił kontakt wzrokowy z Jill. Zauważył też, że jej głos nieco zmiękł i że może, tak jak niegdyś, uda mu się ją przekonać aby dała sobie spokój z czarami.
-Wiem, że może jest to trochę egoistyczne, ale pragnę poczuć w sobie magię. Pragnę nauczyć się wielu pożytecznych zaklęć i umieć sporządzać wiele praktycznych wywarów. Pragnę się poczuć... wolna.
Harold wiedział, że dziewczyna mówiła w pełni na poważnie. Choć mówiła dosyć lekko to jednak determinacja nie chciała opuścić jej melodyjnego monologu. Wiedział, że Jill czuje się skrzywdzona. Zawsze przykro mu było na myśl o rodzicach, którzy w taki kompletnie dziwny sposób potraktowali Jillian. Kiedyś zostawili maleńką istotkę samą, na pastwę losu. Co prawda nie byli jej biologicznymi rodzicami, ale nigdy się nie spodziewał po nich takich okrutnych zachowań. Dopiero kiedy dowiedział się, co nimi wtedy kierowało, nieco się uspokoił. Z tego, co wiedział, to postanowili się ukrywać przed śmierciożercami udając mugoli. Zostawili dziewczynkę przed jakimś domem prawdziwych niemagicznych, ponieważ uważali, że tam będzie bezpieczna. Harold od razu im uwierzył. Po kilku latach ukrywania się, razem z dziećmi (czyli nim i Conradem) zamieszkali bezpiecznie na niewielkim wzgórzu, na którym wybudowali sobie ładny, średniej wielkości domek. Po kolejnych trzech latach niespodziewanie do ich domu trafiła mała, sześcioletnia dziewczynka. Była przemoknięta do suchej nitki. Rodzice bez żadnych skrupułów przyjęli dziecko do siebie. Bystry wzrok sześciolatki spoczął na braciach. Zapytała się ich, ile mają lat. Conrad odpowiedział z dziecięcą dumą, że ma osiem, a Harold, że ma siedem. Dziewczynka bardzo szybko wystawiła do nich swoją rączkę. Byli zaskoczeni jej otwartością, ale przyjęli jej przywitanie. Wtedy dopiero zaczęły się pytania. Dziewczynka odpowiadała zgodnie z prawdą. Harold do dziś pamiętał, że jego rodzicielka o mało nie zemdlała, dowiadując się tożsamości sześciolatki. Ojciec zareagował nieco spokojniej, jednak oboje byli zaskoczeni zaistniałą sytuacją. Dla pewności zadali małej jeszcze kilka uzupełniających pytań, po czym, będąc wciąż w niezwykłym szoku, poprosili ją, aby została już z nimi na zawsze. Jednak to późniejsze słowa ojca utkwiły Haroldowi najbardziej w pamięci: "To wasza nowa siostrzyczka. Macie być dla niej szczególnie mili. Nie zadawajcie jej niezręcznych pytań". Od tego krótkiego monologu rozpoczęło się nawiązywanie niezwykłej więzi między siedmioletnim chłopcem, a o rok młodszą dziewczynką. Chociaż miała z pewnością nieprzeciętną inteligencję, to jednak była nadzwyczaj podejrzliwa. Harold to zauważył i unikał tematu jej lęków. Pewnego dnia jednak sama Jillian zwróciła się do niego ze swoimi problemami. Mieli wtedy po 10 i 11 lat. Spotkali się pod ich ulubionym dębem. Dziewczyna opowiedziała mu tragiczną historię, która przesyciła jej dzieciństwo nocnymi koszmarami. Opowiedziała mu o tym, jak jako mała, niewinna istotka przemierzała z rąk do rąk, jakby była jakąś rzeczą. Widziała, jak straszliwi ludzie z zakrytymi twarzami katowali osobę, do której jako pierwszej zwróciła się "mama". Nie miała jednak pojęcia, czym tak bardzo zawiniła tym ludziom. Dlaczego w taki sposób krzywdzili jej otoczenie? Niszczyli ludzi, którzy okazali jej osobie choć odrobinę ciepła. Harold był przerażony jej traumatycznymi przeżyciami. Przytulił się do Jill. Traktował ją od tego czasu jeszcze delikatniej i zawsze się nią opiekował. To była najszczersza przyjaźń, jaka mogła istnieć na Ziemi.
-Wszystko w porządku, Harold?-z wspomnień wyrwał go spokojny głos dziewczyny. W odpowiedzi pokiwał powoli głową.
-Jillian... Ja... rozumiem cię i chciałbym cię uszczęśliwić, ale to nie jest możliwe.
-Dlaczego odbierasz mi nadzieję na lepsze życie?
-Wiem, dlaczego tak bardzo zainteresowałaś się magią. Pewnie znowu pokłóciłaś się z rodzicami. Czyż nie?-chłopak zadał z taką pewnością to pytanie, że Jill zamrugała tylko oczami, odganiając z powiek resztki obrazów z przeszłości. Nie miała teraz ochoty wspominać koszmarów, jakie przeżyła.
-Przykro mi, ale się mylisz. Planowałam to wszystko już od dłuższego czasu i tym razem nie zamierzam się poddać i ulec namowom. Wysłałam nawet list do Vincentego Crugera, nowego dyrektora Hogwartu.-Harold otworzył z niedowierzaniem oczy. Nie spodziewał się po dziewczynie takich postępków. Jednak, kiedy chwilę się zastanowił, sam nie chciałby na jej miejscu tracić czasu na męczenie się w tym nudnym, mugolskim życiu. Przestał się teraz już dziwić jej poczynaniom i spojrzał prosto w jej niebieskie tęczówki.
-Jeżeli chcesz... to ci pomogę-zaofiarował się niepodziewanie chłopak. Jillian nie tracąc czasu, podbiegła do towarzysza i obdarzyła go przyjaznym uściskiem.
-Dziękuję, Harold-wzruszona dziewczyna oderwała się dopiero po dłuższej chwili od przyjaciela.
-To... Co zamierzasz zrobić?-zapytał niepewnie chłopak.
-Jedyną rzeczą, dzięki której mogę się nauczyć magii, jest różdżka. I to ją pragnę najpierw zdobyć!
-A więc... chodźmy, nie traćmy czasu... Jeszcze nie jest bardzo późno, może Olivander nie zamknął sklepu wcześniej...
-Oj, nie przejmuj się tym tak, Harl! Jutro spokojnie możemy się wybrać na Pokątną!
-Skąd wiesz gdzie jest ta ulica? Nigdy tam nie byłaś-przypomniał chłopak.
-Nie. Byłam tam wtedy, kiedy pojechałeś z Maurice do sklepu zoologicznego.
-Masz szczęście, że nie spotkałaś rodziców...
-Co?! Byli tam? Przecież mówili, że skończyli z tym etapem w swoim życiu!
-No cóż... Trudno mi to mówić, ale... Tu chodzi o ciebie.
-O mnie?! Ach, przypomnieli sobie o sierotce...
-Muszę ci wyznać, że mają pewne zamiary wobec twojej osoby.
-Jakie? Nie mają prawa ingerować w moje życie! Wystarczająco w nim namieszali!
-Przykro mi, Jill... Oni... chcą ci usunąć pamięć...
-C-co? Nie mogą... To moje wspomnienia!
-Mówili, że robią to dla twojego dobra. Wtedy, na pokątnej, spotkali się z Crugerem. Nie wiem, o czym dokładnie rozmawiali, ale chodziło tu o wymazanie twojego straszliwego dzieciństwa i wstawienie za nie szczęśliwy okres w naszej rodzinie... Podobno mają zamiar także usunąć twoje wszystkie wspomnienia o czarodziejstwie-wyszeptał skruszony Harold. Jillian słuchała przyjaciela w zabójczym skupieniu. Chłopak spojrzał z przestrachem na jej zdeterminowaną twarz, bojąc się nagłego ataku złości. Nic jednak takiego się nie stało, wręcz przeciwnie, dziewczynie zaczęły spływać kaskady łez po policzkach i brodzie. Harold zbladł i opiekuńczo otoczył ramieniem towarzyszkę. Ona jednak po chwili odepchnęła go, i wyszeptała:
-To są łzy rozgoryczenia, Haroldzie... Żal mi wszystkich chwil spędzonych z tymi podstępnymi kanaliami, które próbują mi odebrać własne życie.
-Nie mów tak, Jill. Proszę, pomyśl racjonalnie, oni chcą ci tylko pomóc...
-Ale ja nigdy ich nie prosiłam o pomoc i nadal nie mam zamiaru. Jutro rano wyjeżdżam stąd i nikt ani nic mnie nie powstrzyma!

Jillian minęła szybko chłopaka i pobiegła do domu. Ze złością trzasnęła frontowymi drzwiami, na co jej przybrany braciszek, Carl wybiegł jej naprzeciw, zagradzając przejście do schodów.
-Przykro mi, mały, ale nie mam ochoty na zabawy-siliła się na przyjazny i spokojny ton, jednak w jej głosie dało się wyczuć przygnębienie i poddenerwowanie. Chłopiec przestąpił z nogi na nogę i złapał ją za rękaw bluzki.
-Jilli... Proszęęę!-zawył cicho do dziewczyny. Ona jednak stała nieugięta i pokręciła głową, mówiąc:
-Dzisiaj już się nie pobawimy, ale... Może poukładasz sobie klocki z tatą? On nudzi się tak przed tym telewizorem!
-Dzięki, to całkiem niezły pomysł! Papa, Jilli!-Carl wybiegł przez drzwi do jadalni. Chwilę potem wesoły głosik śpiewał jakąś piosenkę z bajki, a w tle słychać było rumor, jaki mogła wydać jedynie waląca się wieża z klocków. Dziewczyna uśmiechnęła się blado i czym prędzej wdrapała się na piętro. Na korytarzyku było ciemno, ale ujrzała smużkę światła, przedostającego się przez nieco uchylone drzwi jej pokoju. Zaskoczona, podeszła na palcach do nich i zaglądnęła przez szparę. Jej przybrana mama, Nadia, sprzątała jej pokój. Nie... Ona go przeszukiwała! Ta myśl jeszcze bardziej rozwścieczyła biedną dziewczynę, więc, nie namyślając się, otworzyła drzwi i wpadła do pomieszczenia.
-Co ty tu robisz, kochanie? Miałaś być na spacerze...-odezwała się mama, chowając za sobą szkatułkę z listami Jill. Jej towarzyszka podbiegła do niej i wyrwała jej pudełeczko z rąk.
-Co ty robisz w moim pokoju?!-wykrzyczała dziewczyna. Nadia zbladła i próbowała udać, że mdleje.-Nie nabierzesz mnie na te sztuczki! Ja wszystko już wiem! Harl mi powiedział! Jesteście najbardziej nędznymi kreaturami pod słońcem! Czy wy takie durne zachowania nazywacie miłością? Dbacie tylko o własny interes! Dlaczego nie pozwolicie mi być szczęśliwą? Nigdy mi naprawdę nie okazaliście bezinteresownej pomocy! Zawsze byłam tylko balastem, kolejnym bachorem do wychowania, tak?! To teraz proszę, nareszcie się mnie pozbędziecie! Nie musicie się o mnie martwić, w przeciwieństwie do was mam prawdziwych przyjaciół, którym można zaufać! Wśród nich są nawet czarodzieje! A odnośnie moich wspomnień, to nie macie i nigdy nie mieliście prawa mi ich zabierać! Tylko potwory są takie bezduszne i dbają tylko o swoje interesy!
-Kochanie...-próbowała się odezwać starsza kobieta.
-Milcz! Wyjdź stąd! Nie chcę was widzieć, was wszystkich!
-Ależ Jillien... Wychowywaliśmy cię... Jesteśmy twoimi prawnymi opiekunami...
-W świecie mugoli może tak, ale ja jestem czarodziejką i zamierzam odnaleźć prawdziwych rodziców!
-Nie możesz wyjechać.
-Dlaczego niby?
-Dom... jest strzeżony. Ojciec się spodziewał tego wszystkiego... Nic nie możesz zrobić.
-Wyjdź stąd.
-Uważam, że powinnaś mnie przeprosić...
-Powiedziałam: wyjdź!

Nadia opuściła pokój, zamykając za sobą prawie bezgłośnie drzwi. Jillian nie mogła uwierzyć, że oni tak bardzo dbali o swoje interesy, żeby wynająć straż wokół domu. Dotąd wydawało jej się, że nie są zdolni do czegoś takiego, a tu proszę. Jej dotychczasowy dom stał się istnym więzieniem. Po twarzy znowu pociekły jej kople, tym razem jednak były to łzy rozpaczy. Rzuciła się na łóżko, mocząc poduszkę i kołdrę. Nie była pewna, ile tak siedziała, ale z pewnością trwało to długo. Kiedy w końcu udało jej się zasnąć, śniło jej się, że wpada w w czarny wir, a jej ciało rozpada się na malutkie kawałeczki. W nocy co chwilę się budziła, a koszmar zaczynał się na nowo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz