Kolejna historia, mam już jeden blog z
Potterowskim opowiadaniem. Dopiero startuję z oboma, ale nie mogłam
się powstrzymać przed tym, aby pokazać świat czarodziejski od
nieco innej strony. Tak więc nie przedłużam i serdecznie zapraszam
do czytania :)
Miśka ;)
***
Był wieczór. Dziewczyna podążała
wolno przez pustkowia łąk. Z zamyśleniem przyglądała się
różnokolorowym liściom spadającym z drzew. Przez cały czas z jej
ust nie znikał tajemniczy wyraz, który był gdzieś przy uśmiechu.
Nagle jednak jej twarz przybrała powagę i dziewczyna odwróciła
się powoli do przybysza.
-Jill...-chłopak miał niezwykły mętlik w głowie. Nie wiedział, co powiedzieć. Kiedy przyjechał
na miejsce, od razu w oczy rzuciła mu się napięta atmosfera między
matką a ojcem. Wyczuł to w ich poważnych spojrzeniach i
zestresowanych rozmowach. Do tego Carl i Maurice zachowywali się
jakoś podejrzanie spokojnie i mniej radośnie niż zwykle. To nijak
do nich pasowało.
-Nie mam ochoty cię słuchać,
Haroldzie. Nie mam także ochoty spowiadać ci się z powodu mojego
przyjazdu-słowa dziewczyny, wypowiadane z takim niezwykłym spokojem
i determinacją zrobiły na nim wrażenie. A jednak chciała tam
jechać, pomimo wszystkiego, co się zdarzyło. Miała zamiar nawet
szkolić się w magii, choć pierwotnie wszyscy ustalili, że Jillian
ma zamknąć ten czarodziejski i nieprzewidywalny okres swojego
życia. Teraz jednak chciała znów wywinąć jakiś przekręt, co
wcale nie podobało się Haroldowi. Chłopak pobladł i przyjrzał
się uważnie towarzyszce.
-Czy ty zdajesz sobie sprawę, że to
wszystko nie jest takie proste? To przez magię tyle wycierpieliśmy!
Czy nie rozumiesz, Jill, że toja postawa jedynie pogorszy sytuację?
Maurice jest przygnębiona, schudła, a Karl jest blady niczym kreda
do tablicy. Co się z tobą dzieje, dziewczyno!?
-Harold, nie mam zamiaru się z tobą
kłócić. Odejdź i wróć tu, kiedy ochłoniesz.
-Pff... Znalazła się pani "dobra
rada"... Powinnaś pomyśleć o nas! Nie widzisz, że wszystkich
krzywdzisz? To podłe!
-Harold-oczy Jillian zaszkliły się. W
tym świetle były w odcieniu głębokiego błękitu, który mieszał
się z jasnymi błyskami łez. Dziewczyna jednak powstrzymała się
od płaczu i wbiła wzrok w oczy swojego towarzysza.-Nie mam zamiaru
was krzywdzić.
Chłopak poczuł się zawstydzony
swoimi słowami i na chwilę odpuścił kontakt wzrokowy z Jill. Zauważył też, że jej głos nieco zmiękł i że może, tak jak
niegdyś, uda mu się ją przekonać aby dała sobie spokój z
czarami.
-Wiem, że może jest to trochę
egoistyczne, ale pragnę poczuć w sobie magię. Pragnę nauczyć
się wielu pożytecznych zaklęć i umieć sporządzać wiele
praktycznych wywarów. Pragnę się poczuć... wolna.
Harold wiedział, że dziewczyna mówiła
w pełni na poważnie. Choć mówiła dosyć lekko to jednak
determinacja nie chciała opuścić jej melodyjnego monologu.
Wiedział, że Jill czuje się skrzywdzona. Zawsze przykro mu było
na myśl o rodzicach, którzy w taki kompletnie dziwny sposób
potraktowali Jillian. Kiedyś zostawili maleńką istotkę samą, na
pastwę losu. Co prawda nie byli jej biologicznymi rodzicami, ale
nigdy się nie spodziewał po nich takich okrutnych zachowań.
Dopiero kiedy dowiedział się, co nimi wtedy kierowało, nieco się
uspokoił. Z tego, co wiedział, to postanowili się ukrywać przed
śmierciożercami udając mugoli. Zostawili dziewczynkę przed jakimś
domem prawdziwych niemagicznych, ponieważ uważali, że tam będzie
bezpieczna. Harold od razu im uwierzył. Po kilku latach ukrywania
się, razem z dziećmi (czyli nim i Conradem) zamieszkali bezpiecznie
na niewielkim wzgórzu, na którym wybudowali sobie ładny, średniej
wielkości domek. Po kolejnych trzech latach niespodziewanie do ich
domu trafiła mała, sześcioletnia dziewczynka. Była przemoknięta
do suchej nitki. Rodzice bez żadnych skrupułów przyjęli dziecko
do siebie. Bystry wzrok sześciolatki spoczął na braciach. Zapytała
się ich, ile mają lat. Conrad odpowiedział z dziecięcą dumą, że
ma osiem, a Harold, że ma siedem. Dziewczynka bardzo szybko
wystawiła do nich swoją rączkę. Byli zaskoczeni jej otwartością,
ale przyjęli jej przywitanie. Wtedy dopiero zaczęły się pytania.
Dziewczynka odpowiadała zgodnie z prawdą. Harold do dziś pamiętał,
że jego rodzicielka o mało nie zemdlała, dowiadując się
tożsamości sześciolatki. Ojciec zareagował nieco spokojniej,
jednak oboje byli zaskoczeni zaistniałą sytuacją. Dla pewności
zadali małej jeszcze kilka uzupełniających pytań, po czym, będąc
wciąż w niezwykłym szoku, poprosili ją, aby została już z nimi
na zawsze. Jednak to późniejsze słowa ojca utkwiły Haroldowi
najbardziej w pamięci: "To wasza nowa siostrzyczka. Macie być
dla niej szczególnie mili. Nie zadawajcie jej niezręcznych pytań".
Od tego krótkiego monologu rozpoczęło się nawiązywanie
niezwykłej więzi między siedmioletnim chłopcem, a o rok młodszą
dziewczynką. Chociaż miała z pewnością nieprzeciętną
inteligencję, to jednak była nadzwyczaj podejrzliwa. Harold to
zauważył i unikał tematu jej lęków. Pewnego dnia jednak sama
Jillian zwróciła się do niego ze swoimi problemami. Mieli wtedy po
10 i 11 lat. Spotkali się pod ich ulubionym dębem. Dziewczyna
opowiedziała mu tragiczną historię, która przesyciła jej
dzieciństwo nocnymi koszmarami. Opowiedziała mu o tym, jak jako
mała, niewinna istotka przemierzała z rąk do rąk, jakby była
jakąś rzeczą. Widziała, jak straszliwi ludzie z zakrytymi
twarzami katowali osobę, do której jako pierwszej zwróciła się
"mama". Nie miała jednak pojęcia, czym tak bardzo
zawiniła tym ludziom. Dlaczego w taki sposób krzywdzili jej
otoczenie? Niszczyli ludzi, którzy okazali jej osobie choć odrobinę
ciepła. Harold był przerażony jej traumatycznymi przeżyciami.
Przytulił się do Jill. Traktował ją od tego czasu jeszcze
delikatniej i zawsze się nią opiekował. To była najszczersza
przyjaźń, jaka mogła istnieć na Ziemi.
-Wszystko w porządku, Harold?-z
wspomnień wyrwał go spokojny głos dziewczyny. W odpowiedzi pokiwał
powoli głową.
-Jillian... Ja... rozumiem cię i
chciałbym cię uszczęśliwić, ale to nie jest możliwe.
-Dlaczego odbierasz mi nadzieję na
lepsze życie?
-Wiem, dlaczego tak bardzo
zainteresowałaś się magią. Pewnie znowu pokłóciłaś się z
rodzicami. Czyż nie?-chłopak zadał z taką pewnością to pytanie,
że Jill zamrugała tylko oczami, odganiając z powiek resztki
obrazów z przeszłości. Nie miała teraz ochoty wspominać
koszmarów, jakie przeżyła.
-Przykro mi, ale się mylisz.
Planowałam to wszystko już od dłuższego czasu i tym razem nie
zamierzam się poddać i ulec namowom. Wysłałam nawet list do
Vincentego Crugera, nowego dyrektora Hogwartu.-Harold otworzył z
niedowierzaniem oczy. Nie spodziewał się po dziewczynie takich
postępków. Jednak, kiedy chwilę się zastanowił, sam nie chciałby
na jej miejscu tracić czasu na męczenie się w tym nudnym,
mugolskim życiu. Przestał się teraz już dziwić jej poczynaniom i
spojrzał prosto w jej niebieskie tęczówki.
-Jeżeli chcesz... to ci
pomogę-zaofiarował się niepodziewanie chłopak. Jillian nie tracąc
czasu, podbiegła do towarzysza i obdarzyła go przyjaznym uściskiem.
-Dziękuję, Harold-wzruszona
dziewczyna oderwała się dopiero po dłuższej chwili od
przyjaciela.
-To... Co zamierzasz zrobić?-zapytał
niepewnie chłopak.
-Jedyną rzeczą, dzięki której mogę
się nauczyć magii, jest różdżka. I to ją pragnę najpierw
zdobyć!
-A więc... chodźmy, nie traćmy
czasu... Jeszcze nie jest bardzo późno, może Olivander nie zamknął
sklepu wcześniej...
-Oj, nie przejmuj się tym tak, Harl!
Jutro spokojnie możemy się wybrać na Pokątną!
-Skąd wiesz gdzie jest ta ulica? Nigdy
tam nie byłaś-przypomniał chłopak.
-Nie. Byłam tam wtedy, kiedy
pojechałeś z Maurice do sklepu zoologicznego.
-Masz szczęście, że nie spotkałaś
rodziców...
-Co?! Byli tam? Przecież mówili, że
skończyli z tym etapem w swoim życiu!
-No cóż... Trudno mi to mówić,
ale... Tu chodzi o ciebie.
-O mnie?! Ach, przypomnieli sobie o
sierotce...
-Muszę ci wyznać, że mają pewne
zamiary wobec twojej osoby.
-Jakie? Nie mają prawa ingerować w
moje życie! Wystarczająco w nim namieszali!
-Przykro mi, Jill... Oni... chcą ci
usunąć pamięć...
-C-co? Nie mogą... To moje
wspomnienia!
-Mówili, że robią to dla twojego
dobra. Wtedy, na pokątnej, spotkali się z Crugerem. Nie wiem, o
czym dokładnie rozmawiali, ale chodziło tu o wymazanie twojego
straszliwego dzieciństwa i wstawienie za nie szczęśliwy okres w
naszej rodzinie... Podobno mają zamiar także usunąć twoje
wszystkie wspomnienia o czarodziejstwie-wyszeptał skruszony Harold.
Jillian słuchała przyjaciela w zabójczym skupieniu. Chłopak
spojrzał z przestrachem na jej zdeterminowaną twarz, bojąc się
nagłego ataku złości. Nic jednak takiego się nie stało, wręcz
przeciwnie, dziewczynie zaczęły spływać kaskady łez po
policzkach i brodzie. Harold zbladł i opiekuńczo otoczył ramieniem
towarzyszkę. Ona jednak po chwili odepchnęła go, i wyszeptała:
-To są łzy rozgoryczenia,
Haroldzie... Żal mi wszystkich chwil spędzonych z tymi podstępnymi
kanaliami, które próbują mi odebrać własne życie.
-Nie mów tak, Jill. Proszę, pomyśl
racjonalnie, oni chcą ci tylko pomóc...
-Ale ja nigdy ich nie prosiłam o pomoc
i nadal nie mam zamiaru. Jutro rano wyjeżdżam stąd i nikt ani nic
mnie nie powstrzyma!
Jillian minęła szybko chłopaka i
pobiegła do domu. Ze złością trzasnęła frontowymi drzwiami, na
co jej przybrany braciszek, Carl wybiegł jej naprzeciw, zagradzając
przejście do schodów.
-Przykro mi, mały, ale nie mam ochoty
na zabawy-siliła się na przyjazny i spokojny ton, jednak w jej
głosie dało się wyczuć przygnębienie i poddenerwowanie. Chłopiec
przestąpił z nogi na nogę i złapał ją za rękaw bluzki.
-Jilli... Proszęęę!-zawył cicho do
dziewczyny. Ona jednak stała nieugięta i pokręciła głową,
mówiąc:
-Dzisiaj już się nie pobawimy, ale...
Może poukładasz sobie klocki z tatą? On nudzi się tak przed tym
telewizorem!
-Dzięki, to całkiem niezły pomysł!
Papa, Jilli!-Carl wybiegł przez drzwi do jadalni. Chwilę potem
wesoły głosik śpiewał jakąś piosenkę z bajki, a w tle słychać
było rumor, jaki mogła wydać jedynie waląca się wieża z
klocków. Dziewczyna uśmiechnęła się blado i czym prędzej
wdrapała się na piętro. Na korytarzyku było ciemno, ale ujrzała
smużkę światła, przedostającego się przez nieco uchylone drzwi
jej pokoju. Zaskoczona, podeszła na palcach do nich i zaglądnęła
przez szparę. Jej przybrana mama, Nadia, sprzątała jej pokój.
Nie... Ona go przeszukiwała! Ta myśl jeszcze bardziej rozwścieczyła
biedną dziewczynę, więc, nie namyślając się, otworzyła drzwi i
wpadła do pomieszczenia.
-Co ty tu robisz, kochanie? Miałaś
być na spacerze...-odezwała się mama, chowając za sobą szkatułkę
z listami Jill. Jej towarzyszka podbiegła do niej i wyrwała jej
pudełeczko z rąk.
-Co ty robisz w moim
pokoju?!-wykrzyczała dziewczyna. Nadia zbladła i próbowała udać,
że mdleje.-Nie nabierzesz mnie na te sztuczki! Ja wszystko już
wiem! Harl mi powiedział! Jesteście najbardziej nędznymi kreaturami
pod słońcem! Czy wy takie durne zachowania nazywacie miłością?
Dbacie tylko o własny interes! Dlaczego nie pozwolicie mi być
szczęśliwą? Nigdy mi naprawdę nie okazaliście bezinteresownej
pomocy! Zawsze byłam tylko balastem, kolejnym bachorem do
wychowania, tak?! To teraz proszę, nareszcie się mnie pozbędziecie!
Nie musicie się o mnie martwić, w przeciwieństwie do was mam
prawdziwych przyjaciół, którym można zaufać! Wśród nich są
nawet czarodzieje! A odnośnie moich wspomnień, to nie macie i nigdy
nie mieliście prawa mi ich zabierać! Tylko potwory są takie
bezduszne i dbają tylko o swoje interesy!
-Kochanie...-próbowała się odezwać
starsza kobieta.
-Milcz! Wyjdź stąd! Nie chcę was
widzieć, was wszystkich!
-Ależ Jillien... Wychowywaliśmy
cię... Jesteśmy twoimi prawnymi opiekunami...
-W świecie mugoli może tak, ale ja
jestem czarodziejką i zamierzam odnaleźć prawdziwych rodziców!
-Nie możesz wyjechać.
-Dlaczego niby?
-Dom... jest strzeżony. Ojciec się
spodziewał tego wszystkiego... Nic nie możesz zrobić.
-Wyjdź stąd.
-Uważam, że powinnaś mnie
przeprosić...
-Powiedziałam: wyjdź!
Nadia opuściła pokój, zamykając za
sobą prawie bezgłośnie drzwi. Jillian nie mogła uwierzyć, że
oni tak bardzo dbali o swoje interesy, żeby wynająć straż wokół
domu. Dotąd wydawało jej się, że nie są zdolni do czegoś
takiego, a tu proszę. Jej dotychczasowy dom stał się istnym
więzieniem. Po twarzy znowu pociekły jej kople, tym razem jednak
były to łzy rozpaczy. Rzuciła się na łóżko, mocząc poduszkę
i kołdrę. Nie była pewna, ile tak siedziała, ale z pewnością
trwało to długo. Kiedy w końcu udało jej się zasnąć, śniło
jej się, że wpada w w czarny wir, a jej ciało rozpada się na
malutkie kawałeczki. W nocy co chwilę się budziła, a koszmar
zaczynał się na nowo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz